28.10.2026- Tam, gdzie czas zwalnia bieg

Mówi się, że Bieszczady mają w sobie magnetyczną siłę, która przyciąga i nie pozwala o sobie zapomnieć. 28 września przekonaliśmy się o tym na własnej skórze, kiedy to skoro świt z grupą uczestników ruszyliśmy na jedno
z najbardziej kultowych bieszczadzkich wzniesień. Naszym celem było legendarne schronisko – Chatka Puchatka. To była wędrówka pełna zachwytów, rześkiego powietrza i przestrzeni, która natychmiast oczyściła nasze głowy.

Naszą przygodę rozpoczęliśmy z Przełęczy Wyżnej. Słońce dopiero nieśmiało przebijało się przez poranne mgły, a rześkie, górskie powietrze od razu postawiło nas na nogi. Po wykupieniu biletów wstępu do Bieszczadzkiego Parku Narodowego, raźnym krokiem weszliśmy na żółty szlak.

Pierwszy etap trasy wiódł przez gęsty, bieszczadzki las. Ścieżka od samego początku miarowo pięła się w górę, szum drzew i śpiew ptaków towarzyszyły nam przez blisko godzinę marszu. Prawdziwa magia zaczęła się jednak wtedy, gdy wyszliśmy z lasu i zobaczyliśmy bezkresny, bieszczadzki pejzaż. Falujące na wietrze trawy, palone słońcem grzbiety i rozciągające się po horyzont pasma górskie sprawiły, że natychmiast zapomnieliśmy o zmęczeniu. Szliśmy kamienistą ścieżką, co chwilę zatrzymując się, by zrobić zdjęcia i po prostu nacieszyć oczy widokami, które wyglądały jak żywy obraz. Po kilkunastu minutach marszu dotarliśmy do nowej Chatki Puchatka. Choć stare, surowe schronisko przeszło kompletną modernizację, miejsce to wciąż emanowało turystyczną atmosferą.

Usiedliśmy na drewnianych ławach przed budynkiem i wyciągnęliśmy z plecaków termosy. Gorąca herbata
i spakowane rano kanapki w otoczeniu bieszczadzkich szczytów smakowały lepiej niż obiad w pięciogwiazdkowej restauracji 😊 Przez dłuższą chwilę po prostu siedzieliśmy, patrząc na piękną, otoczoną jesiennymi barwami Połoninę Caryńską i Rawki. Po zasłużonym odpoczynku zrobiliśmy kilka pamiątkowych zdjęć i dumni ze zdobycia słynnej Chatki Puchatka ruszyliśmy w drogę powrotną, która minęła nam nadzwyczaj szybko. Co chwilę odwracaliśmy się za siebie, by pożegnać znikający bieszczadzki krajobraz.

To jednak nie był koniec atrakcji. W drodze do domu postanowiliśmy odwiedzić jeszcze Solinę, by zobaczyć słynne „bieszczadzkie morze”. Zatrzymaliśmy się przy potężnej zaporze, a spacer po niej okazał się idealnym, spokojnym zwieńczeniem całego intensywnego dnia.

Wróciliśmy zmęczeni, dumni, ale przede wszystkim z jedną, bezcenną lekcją. Ta wyprawa udowodniła nam, że niepełnosprawność nie jest barierą do zdobywania gór, a ograniczenia tkwią jedynie w naszych głowach. Przy odpowiedniej determinacji, zgranej ekipie i wzajemnej pomocy, bieszczadzkie połoniny stoją otworem dla każdego. Już teraz wiemy, że to nie był nasz ostatni wspólny szczyt!

Facebook
Wykorzystujemy pliki cookies.
Jak używamy Cookies
Ciasteczka
ROZUMIEM